Sobotni wieczór wyłonić miał najdzielniejszy baskijki zespół w La Liga. W istocie tak się stało. Choć los znów był przewrotny i nie nastąpiło to w najbardziej prestiżowych derbach Kraju Basków. Show regionalnym gigantom z Bilbao i San Sebastian ukradł niepozorny Eibar posyłając na kolana wicelidera z Walencji.
Estadio Ipurua w strugach deszczu jeszcze bardziej przypominało obiekty z niższych angielskich lig. Woda lała się z nieba jakby wkrótce miał nastąpić koniec świata. I w tych warunkach piłkarze musieli dać z siebie więcej. Mimo grząskiej murawy Valencia była w stanie przeprowadzać składne akcje, jednakże to zdeterminowani Los Armeros ukąsili gości jako pierwsi. Joan Jordán i Sergi Enrich naciskali na obrońców Nietoperzy w ich polu karnym, co zaowocowało przejęciem futbolówki, która trafiła pod nogi Takashiego Inui. Japończyk nie zastanawiał się, uderzył i zmieścił ją przy bliższym słupku bramki Los Ches. Goście skutecznie odpowiedzieli. Nazwisko Santiego Miny zostało wpisane na listę strzelców, choć niestety nie powinno. Asystent przy tym golu – Andreas Pereira, w momencie rozprowadzenia akcji znalazł się bowiem na pozycji spalonej. Sprawiedliwości stała się jednak zadość. Na kilka minut nim arbiter odgwizdał zakończenie starcia ponownie w obiektywie pojawia się wychowanek Espanyolu – Joan Jordán. Wykorzystał on perfekcyjne dośrodkowanie od Ivana Alejo, wygrał walkę o pozycję z Rubenem Vezo i głową wpakował piłkę do siatki obok bezradnego Neto. To piąty mecz ligowy Rusznikarzy bez porażki, z czego cztery razy sięgnęli po komplet punktów. Podopieczni Mendilibara powrócili na właściwe tory.
Daleko od wyobrażeń
Trzeba to powiedzieć jasno. Spotkanie Athleticu z Realem San Sebastian było jednym z najgorszych derbów Kraju Basków ostatnich lat. Derby to więcej niż mecz, lecz to stwierdzenie dotyczy widowiska, w którym zespoły dojechały na spotkanie. W przypadku obu baskijskich gigantów można mieć co do tego wątpliwości. Trudno było oczekiwać czegoś więcej, gdy zarówno zespołowi Zigandy, jak i Eusebio daleko do optymalnej dyspozycji. Można było jedynie oczekiwać, że starcie derbowe sprawi, iż w poczynaniach Lwów i La Realu zobaczymy więcej ikry. Strzałów było jak na lekarstwo i w przytłaczającej większości niecelnych. Jedynie uderzenie Raúl Garcíi z pół obrotu miało w sobie moc i futbolową magię. Ale to stanowczo za mało jak na rangę tego sportowego wydarzenia.
Rozgrzewka przed El Clásico
Barcelona tuż przed najważniejszym meczem w rundzie zafundowała sobie sparing z galisyjskim Deportivo. Trudno nazwać to inaczej, skoro Katalończycy rozprawili się z Los Turcos na olbrzymim luzie. Messi i spółka mieli mnóstwo miejsca na rozwinięcie skrzydeł i tylko obramowanie bramki Dépor, bardzo dobry występ Rubéna (m.in. obronił rzut karny wykonany przez Messiego) oraz sędziowie spotkania uniemożliwili Barcy odniesienie jeszcze okazalszego zwycięstwa. Tak, znów Blaugrana pozbawiona została prawidłowo zdobytej bramki. Na szczęście nie miało to większego znaczenie dla przebiegu meczu, gdyż i tak Dépor przegrywało już wówczas 0:2, a także wcale nie wyglądało na zespół mogący się z tego podnieść. Najpierw geniusz Iniesty objawił się w otwierającym akcję podaniu do Leo. Messi przyjął piłkę na klatkę piersiową, a następnie wyłożył ją Luisowi Suárezowi. Urus nie mógł się pomylić w takiej sytuacji. Następnie słupek, który zatrzymał strzał Leo w tej samej akcji pomógł Paulinho w podwyższeniu wyniku. Piłkarska zabawa trwała w szeregach gospodarzy w najlepsze, wywołując jeszcze większe zagubienie u przyjezdnych. Ponownie w rolach głównych wystąpili Urugwajski napastnik oraz brazylijski pomocnik. Luis otoczony defensorami Depor i tak zdołał dojść do dogrania Sergiego Roberto oraz strzelić gola. Paulinho po raz drugi znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie, żeby skierować futbolówkę do siatki, po jej rykoszecie od słupka. Barcelona i madrycki Real miały w ten weekend powody do radości. Miejmy nadzieję, że kibice również będą zadowoleni z widowiska za tydzień.
Jeszcze jeden i jeszcze raz…
1:0 niech żyje nam. Specjalność zakładu Los Rojiblancos. Atleti musiało się nieźle napocić, żeby w końcu pokonać Fernando Pacheco. Zawodnicy Alavés wykonywali świetną robotę stosując przeciwko Simeone jego własną broń. Doskonałą okazję miał co prawda Gameiro, lecz defensywa Basków była na posterunku i w ostatniej chwili interwencja obrońców uratowała gości przed egzekucją. Don Diego musiał zrobić zmiany, żeby rozruszać atak Czerwono-Białych. I tak na murawie zameldowali się Correa, Carrasco a także odkurzony Fernando Torres. I to właśnie wychowanek Colchoneros przyniósł na srebrnej tacy zwycięstwo dla swojego zespołu. Męczarnie zostały skrócone.
Niespełniona remontada
“Ptasie derby” między Papużkami i Kanarkami był absolutnym lotem bez trzymanki. Dwa gole Gerada Moreno w pierwszej odsłonie spotkania przesądzały o losie rywalizacji. Espanyol był o spacerek o pierwszego wyjazdowego zwycięstwa w bieżącej kampanii. W końcu Kanaryjczycy są teraz tylko chłopcami do bicia, prawda? Być może Katalończycy też już tak pomyśleli. Dlatego zryw Los Amarillos musiał być dla nich olbrzymim szokiem. Pierwszym ostrzeżeniem było trafienie Jonathana Calleriego. Gol nie został uznany z powodu wątpliwego spalonego. Szalony kwadrans rozpoczął się w 80. minucie golem kontaktowym autorstwa Loïca Rémy’ego, wypracował go Hernan Toledo tuż po tym jak pojawił się na murawie. To był sygnał dla Las Palmas, by podnieść się do walki. Kanarki ruszyły z impetem. Po jednym z dośrodkowań Calleri strzałem głową zmieścił futbolówkę pod poprzeczką. Na trybunach rozpoczyna się fiesta. Lecz to nie jeszcze nie był koniec. 95′- rzut karny dla Los Amarillos. Kanaryjczycy stają przed szansą zwieńczenia remontady położeniem wisienki na torcie, postawieniem kropki nad “i”. Viera strzela z jedenastu metrów, ale piłka ląduje na rękawicach Pau Lópeza. Bramkarz w dramatycznych okolicznościach ratuje swój zespół przed totalną katastrofą. Niemniej w tych okolicznościach nikt nie był zadowolony z remisu.
Fornals niczym Mojżesz
Villarreal przywiózł z Estadio Balaídos cenną wygraną. Początek spotkania z Celtą zapowiadał raczej inny obrót sytuacji, lecz Sergio Asenjo nie tylko stał bezczynnie na posterunku. Jego rękawice radziły sobie z wszelkim zagrożeniem pod bramką Los Amarillos. Rubén Blanco i jego koledzy popełnili z kolei bardzo poważny błąd. Carlos Bacca poprowadził akcję lewym skrzydłem, ściął do środka, położył Wassa i dośrodkował piłkę w pole karne. Tam obrońcy rozstąpili się przed nadbiegającym Pablo Fornalsem niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem. Wychowanek Villarrealu rzucił się szczupakiem w powstałą lukę i posłał futbolówkę w górny lewy róg bramki. Celtom zabrakło lidera by odrobić straty. Iago Aspas podobnie jak Bakambu musiał akurat pauzować z uwagi na kolekcję żółtych kartek. Nie było w drużynie gospodarzy nikogo, kto mógłby zwieńczyć ich wysiłki trafieniem. Dużo świeżości w poczynania Galisyjczyków wniosło co prawda pojawienie się na murawie Emre Mora, lecz i on nie sprostał zadaniu pokonania Asenjo.
Nieuczczone święto
Toto Berizzo z pewnością nie był zadowolony ze spotkania, które miało uczcić jego powrót na ławkę trenerską Sevilli, po przerwie przewidzianej na operację i rehabilitację. Levante Muñiza po raz kolejny poza swoim stadionem okazało się trudnym orzechem do zgryzienia. Mecz ograniczył się do pojedynku bramkarzy – Oiera oraz Sergio Rico. Górą okazał się raczej ten drugi. Jego instynktowa obrona strzału Unala to prawdziwy popis refleksu. Miał też i mnóstwo szczęścia, gdy po bombie Jasona z rzutu wolnego piłka nie wpadła w światło bramki. W zamian uderzyła w łupek, a następnie w nogi lecącego Rico i wbrew częstemu zachowaniu – zamiast do siatki trafiła na bok. Warto odnotować, że w tym spotkaniem Jesús Navas przypieczętował swój status legendy Sevillistas. Z Levante zaliczył 416. oficjalny występ w koszulce Andaluzyjczyków. Żaden piłkarz w historii Sevilli nie zagrał więcej spotkań w barwach Los Blanquirojos. A to przecież jeszcze nie koniec.
Tytan Girony
Któż by pomyślał, iż Cristhian Stuani po powrocie do Katalonii po niezbyt udanym wypadzie na Wielką Brytanię, będzie jednym z czołowych strzelców La Liga? Urugwajczyk w ostatni weekend dopisał na swoim koncie dziewiąte trafienie w rozgrywkach, co oznacza iż 31-latek z dziewięcioma bramkami zrównał się w klasyfikacji Trofeo Pichichi z Cedrickiem Bakambu, Luisem Suárezem i Iago Aspasem. Doborowe towarzystwo. Doskonale grający głową napastnik właśnie dzięki tej umiejętności rozstrzygnął starcie pomiędzy beniaminkami z Getafe i Girony. Mógł też podwyższyć wynik, ale przy drugiej bardzo dobrej okazji trafił w słupek.
Zmartwychwstanie
Po sześciu kolejkach bez zwycięstwa, Betis w końcu otrzepał się z kurzu i stanął na nogi. Los Verdiblancos podniosła z kolan ich największa ikona. Nie kto inny, a sam Joaquín. Nim jednak to nastąpiło Beticos musieli przetrwać nawałę ataków Málagi. Na La Rosaleda pachniało bramką dla gospodarzy, lecz wówczas akcja dwóch wychowanków Zielono-Białych diametralnie odmieniło oblicze spotkania. Joaquín zagraniem między dwoma piłkarzami Los Boquerones otworzył drogę do bramki Sergio Leónowi. Ten nie zawiódł. Weteran Betisu mógł przypieczętować swój świetny występ fantastycznym golazo z rzutu wolnego, lecz jak to hiszpańskiej piłce się utarło, futbolówka w mgnieniu oka wyciągnięta z bramki przez bramkarza – to nie gol. Taka przynajmniej zasada panuje u tamtejszych arbitrów. Na pocieszenie pozostaje mu nowy kontrakt z klubem, który ma być jedynie kwestią czasu. Mimo tych przeciwności Betis przypieczętował wygraną na wyjeździe za sprawą główki Camarasy. Ekipa Setiéna powraca do gry?